Moje życie od samego początku nie było normale z prostego powodu - jestem wampirem...
Nazywam Się Patrick van Lavender. Pochodzę ze Szkocji z bardzo zamożnej rodziny, a urodziłem się 1355r. w doś trudnych dla świata czasach. Miałem wszystko, pieniądze, rodzina a nawet przyszłą żonę. Wszystko było dobrze aż do czasu gdy pewnego wieczoru wydarzyła rzecz, której nie zapomnę do końca życia, rzecz która zniszczyła wszystko co kochałem... Razem z matką, ojcem i dwoma siostrami zasiedliśmy do stołu by spożyć kolację jak każdego wieczora. Nagle przed domem słychać było jakieś hałasy coś w rodzaju krzyków. Ojciec poszedł to sprawdzić a po chwili kazał nam biec na górę lecz sam został na dole. Nagle usłyszałem trzask wyważonych drzwi. Bałem się, a jednocześnie chciałem bronić rodzinę... Po chwili usłyszeliśmy z resztą rodziny wrzaski ojca, coś jakby chciał nam powiedzieć - uciekajcie!! Matka wraz z moimi siostrami płakały, ja byłem w takim szoku, że nie mogłem. Strach kompletnie stępił moje zmysły... ... gdyż tu nagle - chuk! Drzwi od naszego pokoju zostały zniszczone. Stali tam ludzie uzbrojeni w pochodnie, kołki, krzyże i smołe.
Krzykneli - Brać ich! Spalić pomioty Szatana!
Matka stanęła za nami murem, wkońcu się ocnąłem. Wzięłem siostry i wyskoczyłem z okna... Moje serce zamarło... Czas wyraźnie stanął w miejscu. Widziałem jak zabijają moją matkę... Nim się spostrzegłem znaleźliśmy się na zewnątrz. Bez zastanowienia wraz z siostrami pobiegłem w stronę lasu, który był niedaleko, gdy się odwróciłem nasz dom stanął w płomieniach. Biegłem przed siebie tak szybko jak nigdy. Potem znaleźliśmy schronienie w opuszczonym domu w środu lasu. Żyliśmy z tego co upolowałem, a niedaleko była rzeczka. Mijały tygodnie, miesiące, a nawet lata. Nastał rok 1422, można by rzec, że wydarzenia sprzed 10 lat poszły w zapomnienie, ale tak nie było. Pewnego popołudnia w naszym domu wybuchła kłotnia między mną a moimi siostrami, która doprowadziła, że uciakły z domu. Zostałem sam... Minęły dwa lata i postanowiłem odejść o dtego miejsca. Nie mogłem pozwolić na wygaśnięcie rodu Kifune, wkońcu zostałem jego głową. Poszedłem do miasta. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko zmieniło się niedopoznania. Wszystko się rózniło... Znalazłem sobie pracę w mieście, pracowałem w stoczni. Pracowałem tam 5 lat po czym miałem okazję wypłynąć na nieznane mi dotąd zimie.
Zgodziłem się i opuściłem miejsce tak bliskie i okrutne mojej duszy. Żegluga trwała około pół roku po czym dobiliśmy do brzegu. Odłączyłem się od mojej grupy i brnąłem przed siebie. Doszedłem do wieży, w której mieszkał nekromanta. Przyjął mnie z radością. Robiłem u niego jako asystent, poznawałem jego skarby, aż wkońcu pokazał mi Artemis. Była to potężna broń, którą mogli dzierżyć wampiry czystej krwi. Przpomniała mi się śmierć rodziców, że byłem wtedy bezbronny. Choć nekromanta zabraniał mi go wziąść
ja go nie posłuchałem. Wykradłem mu Artemis lecz ten przewidział to. Wygnał mnie z wieży krzycząc jakieś słowa niezrozumiałe dla mnie. Spojrzałem na broń i z radością pomyślałem, że 4 lata przyładnej służby nie poszły na marne. Nagle poczułem głód krwi. Poszedłem na pastwisko go zaspokoić lecz ku mojemu zdziwienniu wciąż byłem głodny. Piłem i piłem ale głód się nasilił. Wtedy zrozumiałem, że ten nekromanta
rzucił na mnie klątwę. Mój głód może zaspokoić tylko ludzka krew. Nigdy nie zabiłem żadnego człowieka, spanikowałem nie wiedziałem co robić... Głód z dnia na dzień był coraz silniejszy, słabłem. Ale miałem strategię... Kupiłem sobie rezydencję za oszczędzone pieniądze i tam zapadłem w długi wampirzy sen... Gdy się obudziłem przeszył mnie ból, a gdy spojrzałem za okno ujrzałem ogromne budynki, drogi, na których coś się poruszało. Pomyślałem sobie, że nie mogę dłużej głodować,a głód był nisamowity (wkońcu spałem 578 lat), muszę zabić człowika... Więc wyszedłem z domu zapolować...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz